
A WŁAŚCIWIE NASZ Mikołaj z mojego dzieciństwa był wysoki..miał ładny gloś, i...najpiekniejszy strój jaki mogłam sobie wyobrazić. Dziwnym trafem,gdy miał się pojawić,nasz tata mówił..wybieram się do miejskiej łazni....wychodził,a za jakiś czas pojawiał się w naszym domu Mikołaj. Nawet teraz oczami wyobraźni,widzę jak wchodzi do kuchni,pochyla glowe w pieknej białej czapie, wyszywanej złotą nicią...ma białą brodę,i piękny czerwony strój haftowany na złoto,srebro..Tata znikał,zostawała mama. stawałyśmy grzecznie przed panem Mikołajem,a on pytał niezmiennie-umiecie paciorek?:) i trzeba było mu udowodnić,ze się go umiało.Szybko,szybko mowilysmy,a wzrok nasz,zamiast na pięknym Mikołaju spoczywał na..worku gdzie jak się domyslałysmy,były dla nas prezenty...A jakie cudowne uczucie nas ogarniało,gdy,już je nam dawał!!. Oczka robiły się wielkości spodków...w gardełkach zasychało....tylko buziaki śmiały się od ucha,do ucha...Mikołaj odchodził i....pojawiał się...TATA...to chyba jakiś cud,a moze tata się gniewał na Mikołaja...bo tak jakoś dziwnie znikał co roku,gdy ON miał się pojawić:):):)
Buziak bardzo późną porą z zasypanego na biało Krakowa..dzis pobilam rekord siedzenia w samochodzie.Normalnie jadę do domu z pracowni pół godziny,dziś TRZY:):):).